Biuletyn badania Megapanel PBI/Gemius 20 maja 2008

Drodzy Paneliści!

Czy marzyliście, by kiedyś zobaczyć, co kryje się w głębi mórz i oceanów? Czy oglądając bajecznie kolorowe zdjęcia z wypraw nurkowych czuliście kiedyś lekkie ukłucie zazdrości? Mamy dla Was niespodziankę. W dziale I-nformacje opisujemy, jak przez wieki próbowano poznać podwodny świat i co dziś można zobaczyć podczas wypraw nurkowych. Najważniejsza wiadomość jest taka: podczas konkursu, który rozstrzygniemy 5 lipca, jedną z nagród będzie sprzęt do nurkowania. Nie zapomnijcie o formularzu konkursowym! W tym numerze Biuletynu nie zabraknie też nowego odcinka I-deałków oraz działu I-nnowacje. Zapraszamy.

I-nformacje

Człowieka zawsze fascynowało to, co ukryte przed jego wzrokiem. W kosmosie, w chmurach, na niedostępnych szczytach górskich. I pod wodą. Z czasem ludzie dotarli do wszystkich tych miejsc, ale nie znaczy to, że wszystkie tajemnice zostały odkryte. Schodzenie pod wodę to wciąż eksplorowanie świata niedostępnego zwykłym śmiertelnikom. Pod wodą towarzyszy nam dreszczyk emocji, ale i niepowtarzalne, przepiękne, podwodne widoki. Nurkowanie staje się coraz popularniejszym sportem. Ponoć już na asyryjskiej płaskorzeźbie z 885 roku p.n.e. widnieje wizerunek mężczyzny uzbrojonego w kuszę i oddychającego z przedziwnego pojemnika, podobnego do butli tlenowej. Czy to rzeczywiście pierwszy dokument opisujący nurkowanie - tego nie wiemy. Późniejsze wzmianki mówią o Greku Scyllasie, który schodził w głębiny w beczce, będącej w istocie prymitywnym dzwonem nurkowym. Urządzenie to, które według legendy miało być użyte przez wojska Aleksandra Wielkiego do oblężenia Tyru opisał ponad 500 lat później Arystoteles. Między bajki można natomiast włożyć opowieści o szklanym dzwonie, w którym sam Aleksander Wielki miał odbywać podmorskie eskapady.
Pewne informacje o zastosowaniu dzwonu nurkowego mamy dopiero z XVI w., gdy ponad 10 tysięcy widzów, wśród nich cesarz Karol V i jego dwór, obserwowało jak dwóch Greków opuszcza się w jego wnętrzu na dno rzeki Tag w Toledo. Konstrukcja takiego dzwonu jest prosta: to odpowiednio szczelny pojemnik (niegdyś po prostu skrzynia lub beczka), który zanurza się razem z zamkniętym w nim człowiekiem. W czasie zanurzenia poziom wody w dzwonie podnosi się, ale pod sufitem pozostaje warstwa powietrza. Tak właśnie schodzili pod wodę - w obitej blachą beczce - ludzie Williama Phipsa, XVII-wiecznego poszukiwacza skarbów. W ciągu trzech miesięcy pracy wydobyli na powierzchnię w ten sposób złoto, srebro i monety o olbrzymiej wartości. Praca była jednak ciężka. Człowiek siedzący w beczce wysuwał ręce spod jej krawędzi, bądź nurkował i wracał do dzwonu, by zaczerpnąć powietrza. Tak pracować można było jednak nie dłużej niż kilkanaście minut, gdyż kończył się zapas powietrza.
Problem rozwiązał znany skądinąd astronom sir Edmund Halley. Jego pomysł był prosty: poniżej dna dzwonu umocowane były pojemniki z dodatkowym zapasem powietrza, uwalnianego zaworem. Zużyte powietrze można było wypuścić otworem w suficie. Dzwon Halleya miał też system balastu, umożliwiający powolne opadnięcie na dno, ławki wokół ścian i okna w ścianach bocznych, które pozwoliły od wewnątrz oglądać podwodny świat. Kolejny przełom nastąpił w XVIII w., gdy wymyślono pompę tłokową, dzięki której powietrze można było dostarczać z powierzchni. Nurkowie mogli odtąd przebywać pod wodą wciąż wewnątrz dzwonu, ale zdecydowanie dłużej.
Już wtedy pracowano nad strojem, który zastąpiłby dzwon i umożliwił swobodne poruszanie się w głębinach. W 1715 roku, francuski dokument opisuje dość szczegółowo, jak mógłby być skonstruowany skafander nurka. Pół wieku później, we francuskim mieście Le Havre, lekarz nazwiskiem Freminet, w kombinezonie własnej konstrukcji - nazwanym Machine Hydrostatergatique - zanurzył się na głębokość 15 m. Zabrał ze sobą pod wodę miedziany kontener wypełniony powietrzem. Uważał też, że powietrze można regenerować, gdy przepływa przez miedziane rurki chłodzone wodą. Dlatego pojemnik wyposażony został w wentylator, wymuszający krążenie powietrza po całym układzie. Na szczęście Francuz nie skończył tragicznie, ale konstrukcja kombinezonu musiała zostać poprawiona.
Uczynił to Karl Heinrich Klingert, uważany za wynalazcę pierwszego kombinezonu, w którym bezpiecznie można było zejść pod wodę na dłuższy czas. Kombinezon Klingerta wykonany był ze skóry i metalu, wyposażony w komorę wypornościową i butlę sprężonego powietrza. Był zbyt ciężki, ale z powodzeniem wykonano kilka testów.
Na początku XIX w. dwaj Anglicy, bracia Deane, umocowali strażacki hełm do gumowego stroju. Musieli wyposażyć go w ołowiane buty, bo nurek pod wodą odwracał się do góry nogami. Ostatecznie zrażeni pomysłem odstąpili swój wynalazek Augustowi Siebe, a on wyposażył go w obrotową pompę, dzięki której można było regulować ilość powietrza i wyporność. Potem jeszcze Francuzi Benoit Rouquayrol i Auguste Denayrouse zastosowali membranę czułą na ciśnienie wody, dzięki której powietrze podawane było pod ciśnieniem otoczenia. Według instrukcji admiralicji francuskiej z 1888 roku, aparat systemu Rouquayrol-Denayrouse mógł być używany do głębokości 50 metrów. Napełniany był jednak pod niskim ciśnieniem 30 atmosfer.
Znano oczywiście sposoby napełnienia butli pod wyższym ciśnieniem, ale kłopot polegał na tym, by odpowiednio dozować to powietrze. Próbowano ręcznych zaworów, ale straty powietrza i ręczna regulacja ciśnienia były istotnym mankamentem tego systemu. Prawdziwą rewolucją był więc wynalazek porucznika marynarki Jacquesa Cousteau oraz inżyniera Maurice?a Gagnana z 1942 roku. W swoim automacie oddechowym o nazwie "Aqualung" zastosowali reduktor powietrza, podobny do stosowanych wówczas w samochodach na gaz. Nurek wreszcie otrzymywał powietrze pod odpowiednim ciśnieniem i tylko w momencie wdechu. Tak narodził się stosowany właściwie do dziś sprzęt do nurkowania.
Dziś pod wodę może zejść każdy, jeśli oczywiście pozwala mu na to zdrowie. To coraz popularniejszy sport. Miłośnicy nurkowania uważają, że nikt nie jest w stanie oprzeć się pokusie oglądania podwodnych głębin, jeśli już raz spróbował. Co można robić pod wodą? Pływać i cieszyć się przebywaniem w głębinach. Obserwować podmorską przyrodę. Miłośnicy mocniejszych wrażeń mogą zdecydować się na karmienie rekinów ze specjalnej klatki lub penetrowanie wraków zatopionych statków.
Koneserzy tego sportu starannie wybierają miejsca, gdzie zejdą pod wodę. Popularnym miejscem do nurkowania są Malediwy, gdzie pod wodą spotkać można niezwykłe ławice ryb, żółwie, płaszczki (ale również rekiny!), gdzie można podziwiać przepiękne ogrody koralowe na niewielkich głębokościach lub zejść niżej, by zanurkować między atolami. Popularne są też miejsca nurkowe w Malezji. Zaledwie kilka dni wystarczy, by móc spotkać niezliczoną ilość gatunków zwierząt: wielkich ryb, barakud, żółwi, rekinów. Często na miejsce nurkowania wybierane są Filipiny, gdzie pod wodą czekają niepowtarzalne widoki i różnorodne gatunki zwierząt do obejrzenia. Inne popularne miejsca to Chorwacja, Egipt, Sudan. Właściwie w każdym z kurortów w ciepłych krajach znajdziemy bazy dla nurków lub szkoły nurkowania.
Jeśli macie na to ochotę, mamy dla Was niespodziankę - w konkursie, który rozstrzygniemy 5 lipca, do wygrania będzie sprzęt do nurkowania, w sam raz na wymarzone wakacje. Jeśli to do Was uśmiechnie się szczęście, na własne oczy będziecie mogli zobaczyć cuda podwodnej przyrody. Nie zapomnijcie o formularzu zgłoszeniowym!

Z przyjemnością informujemy, że 17 maja 2008, rozstrzygnęliśmy kwartalną edycję konkursu dla Panelistów i wyłoniliśmy zwycięzców. Poniżej prezentujemy listę nagrodzonych osób:

1. System kina domowego otrzymuje Ewa Podkańska ze Skierniewic;
2. Wycieczkę 2-osobową wygrała Marta Książek z Koszalina;
3. Namiot otrzymuje Tomek Tłuczek z Wrocławia;
4. Rower wygrała Joanna Głaz z Chełma;
5. Koszulki otrzymują:
Jarosław Niedzielczyk (Świnoujście), Michał Królikowski (Lublin), Sebastian Insiński (Zielona Góra);
6. Kubki wygrali:
Marcin Bałanda (Munina), Ewa Tymoszuk (Warszawa), Marta Różalska (Piaseczno), Michał Grabowski (Ruda Śląska), Maciej Malczuk (Legnica), Marcin Śmigaj (Wyrzysk), Grzegorz Dąda (Łódź), Janusz Zielonko (Siemirowice), Tadeusz Wójcik (Wodzisław), Łukasz Duda (Starachowice);
7. Ręczniki otrzymują:
Natalia Kmiotek (Andrespol), Marek Faryś (Szczekociny), Dąbrowski Henryk (Bartoszyce), Halina Czarnecka (Wrocław), Wiktoria Wrzołek (Warszawa), Józef Majniewicz (Opole), Karol Łempicki (Kędzierzyn - Koźle).

Wszystkim zwycięzcom gratulujemy wygranych.

W dniu 5 lipca 2008 r., nastąpi rozstrzygnięcie kolejnej miesięcznej edycji naszego konkursu. Do wytypowanych osób zadzwonimy między godziną 10.00 a 18.00 i zadamy pytanie konkursowe. Z wybranymi przez komputer Panelistami spróbujemy skontaktować się trzykrotnie.

Jeśli utraciliście Państwo program netPanel i chcielibyście powrócić do badania Megapanel PBI/Gemius, to informujemy, że wersję instalacyjną programu można cały czas pobrać pod adresem: http://netpanel.gemius.pl/netpanel2/


Pozdrawiamy serdecznie i zapraszamy do lektury Biuletynu za tydzień! Na listy czekamy pod adresem netpanel@gemius.pl

Zespół netPanel




Gemius SA
ul. Wołoska 7, 02-675 Warszawa
Budynek MARS, klatka D
Tel.: +4822 874-41-14
Infolinia: 0801-800-009*
www.gemius.pl

*opłata jak za jedną jednostkę taryfikacyjną wg operatora; numer infolinii niedostępny dla sieci komórkowych


W odpowiedzi na sugestie zawarte w listach od Państwa, oferujemy możliwość subskrypcji e-biuletynu w formacie tekstowym zamiast HTML. Jeżeli bardziej odpowiada Państwu wersja tekstowa, prosimy wypełnić formularz na stronie http://netpanel.gemius.pl/d/t.php.


Gdyby zdecydowali Państwo, że rezygnują z otrzymywania od nas jakichkolwiek informacji, bardzo prosimy o wypełnienie formularza na stronie http://netpanel.gemius.pl/d/d.php.


Cytowanie treści i publikowanie danych zawartych w niniejszym biuletynie możliwe jest jedynie za zgodą PBI Sp. z o.o. i Gemius SA.

I-deałki

- Zbióóóóóórka! - wrzasnął Maurycy. Patryk i Igor natychmiast zjawili się w swoim pokoju. Na drzwiach zawisła kartka: "Nie przeszkadzać, ważna sprawa rodzinna".
- Popatrz - powiedziała z niejakim zdumieniem mama do taty, siedzącego w fotelu i czytającego wieści z rynków wschodnich - Potrafią się kłócić o byle cukierki, ale czasem, kiedy mają coś do załatwienia, to wystarczy, że któryś z nich zwoła zebranie...
- Mhm... - mruknął tata. Myślami był w Estonii, z którą Polska zacieśniła właśnie kontakty gospodarcze.
- A właściwie, co za ważną sprawę mogą mieć do załatwienia? - zaniepokoiła się mama.
- Mhm... - odparł tata, ale coś powiedziało mu, że taka odpowiedź nie wystarczy. Złożył więc gazetę, rozejrzał się dookoła i stwierdził, że chłopcy nad czymś debatują, zamknięci w swoim pokoju. - Co to za "ważna sprawa rodzinna"? - zapytał, jakby obudzony ze snu.
- Właśnie i ja się nad tym zastanawiałam - odparła mama. Była przyzwyczajona do braku podzielnej uwagi u taty. - Może pójdę sprawdzić. W końcu też należę do rodziny - zastanowiła się mama.
- Nic z nich nie wyciągniesz - rzucił tata, rozłożył gazetę i myślami wrócił do Estonii.

Tymczasem w pokoju chłopców narada trwała w najlepsze.
- To musi być coś zupełnie wyjątkowego - powiedział Igor i na tym pomysły mu się skończyły.
- Sprzątamy mieszkanie - rzucił Patryk.
- Było - pokręcił głową Maurycy.
- No to robimy obiad? - zaryzykował Igor. Wiedział, że...
- Było - mruknął Maurycy.
- Kwiaty - strzelił Patryk.
- Banalne. I było - odrzekł Maurycy.
- A gdyby tak... - w głowie Patryka zaświtał szatański plan i za chwilę szeptem wyjawił go braciom. Maurycy spojrzał na niego z podziwem.
- Nie było - powiedział. - Ale do tego będziemy potrzebowali pomocy.

- Tato, możemy cię prosić na chwilę? - spytał Patryk.
Tata przyglądał się właśnie wykresowi produktu krajowego brutto Estonii.
- Mhm... - mruknął.
- Teraz? - zapytał Patryk.
- Mhm... - odrzekł tata, ale coś powiedziało mu, że taka odpowiedź nie wystarczy. Złożył więc gazetę, rozejrzał się dookoła i stwierdził, że stoi przed nim syn. - Czy czegoś ode mnie chcesz? - upewnił się, jakby obudzony ze snu.
- Tak, jesteś proszony na zebranie - powtórzył Patryk i przepraszająco uśmiechnął się do mamy. Tata zwlókł się z fotela.

- Słuchaj - powiedział Maurycy, kiedy tylko Patryk starannie zamknął za tatą drzwi pokoju - Potrzebna nam twoja pomoc. Na Dzień Matki chcemy pomalować kuchnię. Mama już dawno mówiła, że przydałoby się odświeżyć ściany.
- My załatwiamy farbę i sprzęt, malujemy i sprzątamy. A wy jedziecie na weekend do cioci i wujka - zaproponował Patryk.
Tata zbaraniał. Przez chwilę wahał się, ale przystał na pomysł.

- No i nad czym tak debatowaliście? - zapytała mama, gdy tata ponownie rozsiadł się w fotelu.
- A, takie tam? sprawy rodzinne - odrzekł tata i jakby nigdy nic zapytał: - A propos... może wybralibyśmy się w weekend do rodzinki?

I-nnowacje

Czy SMS-y są tanie?

Na prośbę jednej z brytyjskich telewizji pewien fizyk wyliczył, że koszty wysłania jednego SMS-a są... astronomiczne - w dosłownym tego słowa znaczeniu. Mniej kosztuje nawet przesłanie wiadomości tekstowej z teleskopu Hubble?a zawieszonego 610 km nad powierzchnią Ziemi - stwierdził naukowiec. Jak dokonał tych obliczeń? Jeden SMS, kosztujący 5 pensów (czyli ok. 20 groszy), to 160 znaków po 7 bitów. To znaczy, że jeden megabajt danych to 7490 SMS-ów. Za nadanie takiej liczby wiadomości tekstowych zapłacilibyśmy 374,49 funtów (w przybliżeniu 1519 zł). Tymczasem przesłanie megabajta danych z teleskopu Hubble?a kosztuje 8,85 funta (ok. 38 zł) - tak wynika z informacji udzielonej przez NASA. Ponieważ jednak w tej cenie nie są uwzględnione dodatkowe koszty, na przykład utrzymania stacji naziemnych czy pensji personelu tych stacji, naukowiec oszacował ostateczny koszt przesłania megabajta danych na 85 funtów (czyli 360 zł). To wciąż dużo mniej, niż za SMS-y. Tylko czyje palce wytrzymałyby wklepanie do komórki 7490 pełnych wiadomości tekstowych?


Gry nie szkodzą dzieciom

Kolejny głos w dyskusji o wpływie gier komputerowych na dziecięcą psychikę zabrali amerykańscy uczeni. Ich argument jest mocny: badania pochłonęły 1,5 mld dolarów, a za taką cenę wyniki nie mogą być chybione. Ale na poważnie - badacze z Harvardu nie zauważyli podwyższonego poziomu agresji u dzieci, które grały w brutalne gry. W badaniu wzięło udział 1200 dzieci, z których część zajmowała się jedną z gier, uważaną za pełną przemocy, druga zaś grała w inną grę, uważaną za spokojną. Uczeni starali się, by badanie odbywało się w jak najbardziej naturalnych warunkach. Dodatkowo sprawdzano też zachowanie rodzin. Wnioski, jakie wysnuli naukowcy są takie: mity społeczne o przemożnym wpływie brutalnych gier na agresję u dzieci są nieprawdziwe. To po pierwsze. Po drugie: to rodzice powinni uczyć dzieci właściwego reagowania na różnego rodzaju bodźce i radzenia sobie z nimi.