Drodzy Paneliści!
Porcelanowa figurka słonika, podkowa, a może czterolistna koniczynka? Czy zastanawialiście się kiedykolwiek nad wyższością któregoś z amuletów? A może w ogóle nie wierzycie w przesądy? Jakkolwiek by nie było, zajrzyjcie do I-mpresji - przeczytacie w nich o tym, jak często zdarzają się czterolistne koniczyny i jak zwiększyć szanse na ich odnalezienie. W tym numerze, w dziale I-nterakcje prezentujemy fragment niezwykle interesującego listu od naszego Panelisty, pana Stanisława. Nie zabraknie także nowego odcinka I-deałków, tym razem - nawiązując do weekendowej aury - wyjaśniamy istotę, pochodzenie i moc, jaką osiągać mogą wiatry. Na deser zaś polecamy Wam lekturę I-nnowacji, czyli nowinek ze świata techniki. Zapraszamy serdecznie do lektury!
I-mpresje
Wśród wielu pomysłów na zapewnienie sobie szczęścia jest jeden niezawodny: weź Trifolium repens (koniczynę białą) o czterech liściach, zasusz i trzymaj zawsze przy sobie. Czterolistna koniczyna nie ma nic wspólnego z zabobonem: mutacja występuje raz na 10 tysięcy przypadków. To jasne, że kto taką znajdzie, ten po prostu ma szczęście.
Nie wiemy, kto pierwszy wpadł na pomysł, by niezwykły okaz powszechnie spotykanej rośliny potraktować jako dobry znak. Ponoć czterolistna koniczyna była jedyną pamiątką, jaką Ewa zabrała z raju. Również Celtowie uważali koniczynę za roślinę ochronną. Posiadacz takiego okazu - wierzono niegdyś - jest w stanie na pierwszy rzut oka rozpoznać czarownice. Wiemy, że kiedy już czterolistna koniczyna na dobre zadomowiła się jako symbol szczęścia, dopatrywano się w niej podobieństwa do krzyża, święcono i noszono w pierścieniach czy medalionach. Panował powszechny pogląd, że tylko osoby uczciwe i bogobojne mogą ją znaleźć. Rozwinęła się też symbolika dotycząca każdego z liści koniczyny. Pierwsze trzy oznaczać miały wiarę, nadzieję i miłość, zaś czwarty - właśnie szczęście.
Dziś symbol ten - niezastrzeżony i niezarejestrowany - można spotkać wszędzie: kupując mydło w tym kształcie, "zapach" do samochodu czy srebrny wisiorek. To niezaprzeczalny, oczywisty, uniwersalny symbol szczęścia. Cztero, a nawet pięcio, czy sześciolistne koniczyny również występują w przyrodzie. Rekordzistka, wpisana do Księgi Guinessa, miała ponoć osiemnaście listków. Nie podano jednak, czy przyniosła proporcjonalnie więcej szczęścia, niż zwykła czterolistna.
Każdy, kto ma chwilę wolnego czasu, a znajduje się w pobliżu jakiegoś zielonego skweru, wlepia weń wzrok, a nuż... Nie jest to jednak takie łatwe. Wiotkie liście koniczyny gną się, łodyżki chwieją... gdy więc wydaje się już, że właśnie znaleźliśmy swoje szczęście, okazuje się, że wzięliśmy za niezwykły okaz dwie całkiem zwyczajne, trójlistne koniczynki. Istnieją także profesjonalni "szukacze": siadają na łące i metodycznie, roślinka po roślinie, przebierają zielony gąszcz. Twierdzą, że w niektórych miejscach jest większe prawdopodobieństwo znalezienia czterolistnych okazów. Ci, którzy lubią iść na łatwiznę, zamiast w koniczynowy gąszcz, wolą iść do sklepu z nasionami po okaz szczawika Deppego (Oxalis deppei), rośliny niezwykle podobnej do koniczyny, ale charakteryzującej się właśnie tym, że ma cztery liście.
Co na czterolistną koniczynę powiedzą naukowcy? Ci rozwodzą się o mutacji somatycznej lub błędach rozwojowych. Na dobrą sprawę nie mają pewności, co powoduje, że średnio raz na 10 tysięcy roślin pojawia się taka o czterech liściach. A skoro już jest to... pewnie przynosi szczęście.
I-nterakcje
W odpowiedzi na zeszłotygodniowy Biuletyn, w którym pisaliśmy o ekologicznych samochodach, otrzymaliśmy bardzo ciekawy list od pana Stanisława, który - jak pisze - jest zainteresowany tematem.
Bez żadnych problemów technicznych można przerobić fabrycznie wybrane małe samochody na miejskie pojazdy z napędem elektrycznym, zdolne do przejechania na jednym ładowaniu ok. 100 km z prędkością 100 km/h - przejechania za grosze i bez zanieczyszczania powietrza. Takie samochodziki z silnikami neodymowymi wbudowanymi we wszystkich kołach oraz z żelowymi akumulatorami mogą być znacznie tańsze w wytwarzaniu od samochodów z napędem tradycyjnym, a dodatkowo mogą one odzyskiwać znaczną część energii podczas hamowania. Wystarczy stworzyć jeszcze niezbyt skomplikowaną infrastrukturę w postaci automatów wrzutowych do tankowania energii elektrycznej na parkingach i stacjach benzynowych. To wszystko można uruchomić prawie z marszu.
- pisze pan Stanisław. Nam też marzyłoby się takie rozwiązanie, ale cóż... na to przyjdzie jeszcze chyba poczekać. Samochody elektryczne wciąż nie są popularne, a więc i koszt ich wytwarzania oraz infrastruktury dla nich jest dość wysoki. Szkopuł również w tym, że posiadacze samochodów nie chcą czuć się ograniczeni ani długością "tankowania", ani zasięgiem jazdy na akumulatorach. Przed naukowcami i inżynierami długa jeszcze droga do tego, by wyeliminować wszelkie wady zasilania elektrycznego. Ale kiedyś, kto wie... Panie Stanisławie, dziękujemy za bardzo interesujący list.
I-nnowacje
Wieje, a prądu nie pobiera
Czy to możliwe, by chłodzić komputerowy procesor bez zużywania prądu? Oczywiście. Tak działają tzw. systemy pasywne, czyli radiatory - grube, aluminiowe elementy, które dzięki użebrowaniu oddają ciepło do otoczenia. Ale to rozwiązanie jest już rzadko spotykane, bo po prostu jest zbyt mało wydajne dla nowoczesnych procesorów, które wytwarzają dużo ciepła. Dlatego powszechnie stosuje się systemy aktywne, czyli elektryczne wentylatorki. Okazuje się jednak, że ciepło procesora może służyć do zasilania tzw. silnika Stirlinga, który przetwarza energię cieplną w mechaniczną. To bardzo interesujące rozwiązanie. Podczas pracy komputera procesor nagrzewa się, a część tego ciepła wykorzystywana jest do napędzania niewielkiego wiatraka. A zatem - im cieplej, tym chłodniej:) Producent urządzenia twierdzi, że wynalazek osiąga 70-procentową sprawność. Silnik Stirlinga znamy nie od dziś, ale dotąd jakoś nikt nie wpadł na pomysł, by za jego pomocą chłodzić procesory.
Brytyjskich polityków kłopot z laptopem
Nie tylko polscy politycy mają problemy ze służbowymi laptopami. W Wielkiej Brytanii rozpętał się skandal po tym, jak pod klawiaturą kupionego na aukcji komputera znaleziono... płytę CD z tajnymi materiałami. Laptop wymagał naprawy, więc nowy właściciel zaniósł go do serwisu. Pracownik otworzył komputer i znalazł płytę z napisem "Ministerstwo Spraw Wewnętrznych - ściśle tajne". Oczywiście wziął sprawę za żart, ale zawiadomił policję. Płyta była zabezpieczona przed odczytem, więc żadne dane nie wyciekły, ale to już kolejna wpadka. Kilka miesięcy temu fiskusowi zaginęły płyty z danymi 25 milionów mieszkańców Wielkiej Brytanii. Jeszcze wcześniej dane podatników zgubił kurier wynajęty przez urząd podatkowy.
Jeśli utraciliście Państwo program netPanel i chcielibyście powrócić do badania Megapanel PBI/Gemius, to informujemy, że wersję instalacyjną programu można cały czas pobrać pod adresem:
http://netpanel.gemius.pl/netpanel2/
Pozdrawiamy serdecznie i zapraszamy do lektury Biuletynu za tydzień!
Na listy czekamy pod adresem netpanel@gemius.pl
Zespół netPanel

Gemius SA
ul. Wołoska 7, 02-675 Warszawa
Budynek MARS, klatka D
Tel.: +4822 874-41-14
Infolinia: 0801-800-009*
www.gemius.pl
*opłata jak za jedną jednostkę taryfikacyjną wg operatora; numer infolinii niedostępny dla sieci komórkowych
W odpowiedzi na sugestie zawarte w listach od Państwa, oferujemy możliwość subskrypcji e-biuletynu w formacie
tekstowym zamiast HTML. Jeżeli bardziej odpowiada Państwu wersja tekstowa, prosimy wypełnić
formularz na stronie http://netpanel.gemius.pl/d/t.php.
Gdyby zdecydowali Państwo, że rezygnują z otrzymywania od nas jakichkolwiek informacji,
bardzo prosimy o wypełnienie formularza na stronie http://netpanel.gemius.pl/d/d.php.
Cytowanie treści i publikowanie danych zawartych w niniejszym biuletynie możliwe jest jedynie za zgodą PBI Sp. z o.o. i Gemius SA.
|
 |
 |
I-deałki
- Ale wieje! - powiedział Igor z nosem wlepionym w szybę - Mogę wyjść na dwór?
- Ani mi się waż! - odpowiedziała groźnie mama. Na zewnątrz rzeczywiście mocno wiało.
- Przecież mnie nie porwie - mruknął Igor.
Mama przetarła okulary, założyła je i spojrzała na syna.
- To nie jest pewne - powiedziała.
- A właściwie to skąd się bierze wiatr? - spytał Patryk i w podskokach wbiegł do pokoju.
Tata z rezygnacją odłożył fascynujący artykuł o trendach giełdowych. Czuł, że to niewinne pytanie zaraz zostanie skierowane personalnie do niego...
- Tataaaaa... skąd się bierze wiatr?
- Synu... masy powietrza... gdy przesuwają się fronty atmosferyczne... - zaczął tata. Igor usadowił się wygodnie na dywanie po turecku, a Patryk na drugim fotelu. Z pokoju przyleciał, wymachując rękami, Maurycy. Tata wiedział, że chłopcy już nie odpuszczą. Wahania kursów musiały poczekać.
- Wiecie o tym - tata zsunął okulary na nos, by wyglądać bardziej profesjonalnie, że ciepłe powietrze unosi się do góry.
- Wiemy. Tak działają balony - mruknął Patryk.
- Właśnie! Kiedy na dużej powierzchni powietrze nagrzeje się, też unosi się do góry, a na powstałe miejsce napływają inne masy powietrza z obszarów wyższego ciśnienia.
- Dlaczego wyższego? - zapytał Maurycy i rozdziawił paszczę - Przecież jak ciepłe powietrze uniesie się do góry to właśnie jest wyższe...
- Nie, nie! - Zamachał w powietrzu tata. Ciśnienie jest tym wyższe im więcej powietrza naciska na powierzchnię. Więc tam, gdzie powietrze unosi się do góry, ciśnienie jest niższe, a tę "dziurę" musi wypełnić powietrze z innych obszarów. Tak właśnie powstaje wiatr.
- No to pewnie łatwo zmierzyć i przewidzieć, gdzie będzie wiał? - ironicznie zapytał Maurycy. Doskonale wiedział o tym, że meteorolodzy mają z tym kłopot, ale nie wiedział, dlaczego.
- A właśnie że nie! - powiedział tata, nie zorientowawszy się w podstępie - Po pierwsze, Ziemia się obraca, więc wiatr na skutek tego ruchu właściwie nigdy nie wieje wprost z obszarów wyższego do niższego ciśnienia. Po drugie na siłę i kierunek wiatru ma wpływ także ukształtowanie terenu i powierzchnia, nad którą wieją, bo na przykład woda szybciej się nagrzewa i szybciej oddaje ciepło niż ziemia. No i jeszcze mnóstwo innych czynników, które nie zawsze da się uwzględnić.
- A jak silny może być wiatr? Taki jak teraz, czy jeszcze mocniejszy?
- Może być dużo mocniejszy. Kiedy dym z komina unosi się pionowo, to mówimy, że jest cisza. Kiedy marszczy się woda, to oznacza wiatr wiejący z prędkością około 1 do 6 kilometrów na godzinę. Kiedy szeleszczą liście, mówimy o wietrze słabym, albo łagodnym, a kiedy poruszają się gałęzie, a na morzu pojawia się na szczytach fal biała piana, wówczas wieje wiatr umiarkowany - do 29 kilometrów na godzinę. Małe drzewa kołyszą się przy jeszcze silniejszym wietrze, do 39 kilometrów na godzinę. Przy bardzo silnym wietrze, takim jak teraz, kołyszą się duże drzewa.
Igor, Maurycy i Patryk jak na komendę zwrócili twarze do okna.
- Przy wichurze, wiejącej z prędkością 87 kilometrów na godzinę, łamią się gałęzie drzew, a bywają wiatry jeszcze mocniejsze. Bardzo silny sztorm, do 102 kilometrów na godzinę, wyrywa drzewa z korzeniami. Taki wiatr, dziesiątka w skali Beauforta, może już przewrócić człowieka lub zburzyć mniej solidny budynek. Przy jeszcze gwałtowniejszym sztormie do 117 kilometrów na godzinę nawet grube drzewa nie są bezpieczne, a przy huraganie, o którym mówimy, gdy wiatr wieje powyżej 117 kilometrów na godzinę, najczęściej mamy do czynienia z klęską żywiołową.
- A cyklony? - zainteresował się Maurycy.
- Cyklony potrafią być jeszcze silniejsze i groźniejsze. Ale wtedy nie stosuje się już skali Beauforta, ale Saffira-Simpsona, a dla tornad skalę Fujity. Obie zaczynają się tam, gdzie w skali Beauforta jest dwunastka. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść - zakończył tata i dodał - Pozwólcie mi teraz prześledzić giełdowe trendy.
Sięgnął po gazetę i wlepił nos w tabelki. A chłopcy jeszcze przez jakiś czas obserwowali, jak wiatr porusza koronami drzew.
|
 |
 |
|